*Półtora tygodnia później.
Nadszedł dzień meczu i ostatni dzień pobytu w Polsce. Jutro w południe mieliśmy samolot do Dortmundu.
Robert od rana miał trening, a ja szukałam właśnie koszulki z moim imieniem i jego nazwiskiem.
-Jest - powiedziałam sama do siebie.
Miałam już gotowy cały strój. Koszulka w biało-czerwonych barwach z orzełkiem na piersi, czarne rurki i adidasy. Miałam też bluzę w barwach naszej reprezentacji.
Usłyszałam dźwięk wiadomości. Pomyślałam, że to Ewa lub Agata, z którymi byłam umówiona na wspólne zrobienie sobie makijażu i dojście na stadion. Treść smsa zupełnie wyprowadziła mnie z równowagi. Była od Mario. Napisał
''Wiem gdzie jesteś. Spodziewaj się mojej wizyty dziś wieczorem. Wytłumaczysz mi wszystko razem ze swoim Robercikiem.''
Odłożyłam telefon i usiadłam na łóżku.
Mijała godzina za godziną, a ja siedziałam i siedziałam. Z tego stanu wyrwał mnie Robert, który wrócił z treningu.
-Hej kochanie - podszedł do mnie - Co jest.? - zapytał widząc rozmazany makijaż i świeże ślady po łzach.
-Bo Mario.... on wie gdzie jestem.... i będzie tu dziś wieczorem - wyłkałam.
-Nie martw się, ja sobie z nim porozmawiam....
-Ale nie zrobisz mu nic. - przerwałam piłkarzowi.
-Możesz być spokojna - odpowiedział i przytulił mnie.
-Cześć gołąbeczki.! - usłyszałam za plecami.
Były to Agatka i Ewcia.
Kiedy zobaczyły moją zapłakaną buzię i usłyszały o planie Mario bez zastanowienia postanowiły mnie dobrze pilnować podczas meczu, chociaż ja uznałam, że to zupełnie zbędne.
*3 godziny później.
Siedziałyśmy już w sektorze przeznaczonym dla żon i dziewczyn piłkarzy. Powoli zapełniały się całe trybuny.
Dziewczyny były zazdrosne o moją koszulkę, bo same miały tylko nazwiska swoich, bądź co bądź, mężów. Oczywiście moją załatwił mi Lewusek.
Chwilę później piłkarze wyszli na boisko i rozbrzmiał hymn narodowy.
Arbiter zagwizdał i rozpoczął się mecz.
Robert strzelił bramkę i posłał w moją stronę buziaka. Ja udałam, że go łapę i przyciskam do piersi. Rozbłysły flesze. Kiedy drugi raz umieścił piłkę w siatce pokazał w moją stronę serduszko, a ja zrobiłam to samo.
Wygraliśmy ten mecz 2:1.
Razem z Agatą i Ewą zeszłyśmy na dół do schodzących z murawy piłkarzy.
-Dziękuję za dedykację dwóch wspaniałych brameczek - powiedziałam i pocałowałam mojego chłopaka.
-Nie ma za co - odpowiedział i podniósł mnie do góry obracając wokół.
Kolejny raz tego dnia znaleźliśmy się w centrum zainteresowania fotoreporterów.
Po chwili Robert postawił mnie na ziemi i poszedł do szatni posyłając mi promienny uśmiech.
Kocham te jego cudowne dołeczki w policzkach.! <3
_________________________________________________________________________________
Hej po raz kolejny :)
No więc tak:
Mecz, który opisałam nigdy nie miał miejsca. Jest to improwizacja, bo w blogu wybiegłam daleko do przodu w datach.
To by było na tyle xD
Jesteś - skomentuj.! :)
Pozdrawiam ;*
A ja kocham co rozdział to bardziej! <3 ;*
OdpowiedzUsuń